Streszczenie filmu Posłaniec 2

 

Natomiast znajomi dopełniali tę pieśń słowami "na, na, na" oraz "mamo ja chcę do domu". Skuszona częścią pierwszą filmu czyli "Posłańcy" nie oczekiwałam rzeźni, ale filmu, przy którym nie raz podskoczę, nie raz się wystraszę i zostanę dosłownie zaatakowana akcją. Myliłam się i to bardzo.

 

 

 

Zdawałam sobie sprawę z tego, że początki są najtrudniejsze, ale najbardziej burzliwe. Czyli wywołują najwięcej emocji pozytywnych bądź negatywnych. Tu dostałam monotonią w twarz. Jest jednak mały problem w tym wszystkim. Są dwa wyjścia z takiej sytuacji: albo nudą miało wiać, albo twórcom się coś nie udało. Człowiek siedzi, ogląda… i co? I nic! Trudno jest ocenić w filmie grę aktorską, ponieważ przez większość czasu tam milczą, nie mają czego aktorzy grać ciałem czy mimiką. Film trwa 90 minut akcja zaczyna się w 73 minucie. Od razu na myśl przyszedł mi "Hostel", film którym zachwycali się wszyscy, zapominając chyba, że oglądają horror. Tam było tak samo: 90 minut "nic nie dziania się", po czym zostaje 15 minut do końca i mamy akcję filmu + ucieczka z miejsca akcji. Jednym zdaniem: coś jest nie tak. Przez 73 minuty patrzę na rodzinę, której głowa rodziny, John Rollins (Norman Reedus), zmaga się z naturą i kukurydzą. Prosty mężczyzna chce być wsparciem dla rodziny. Chce być silny, twardy i dać zaplecze finansowe. Mamy żonę Mary Rollins (Heather Stephens), która bardzo irytuje. Jest to pani, która przeżywa, że maż przestał chodzić do kościoła, że zaczął przeklinać i pić piwo (nie denerwuje człowieka fakt, że to nie są powody do ględzenia za uszami, w końcu poślubiła mężczyznę chodzącego co niedzielę do kościoła, niepijącego i nieprzeklinającego. W takim właśnie człowieku się zakochała. Ma prawo się babka martwić). Jej mąż martwi się, o finanse, że nie mają za co spłacić ziemi, czynsz nieuregulowany, w sklepie nie chcą już mu dawać na krechę a kukurydza nie dość, że zjadają ją kruki, to jeszcze pompa nie działa, która ma nawadniać ziemię. Mary tego nie widzi i ciągle się zastanawia, co sprawia, że jej mąż chodzi zamyślony i nieobecny. Wytyka mu nic nie robienie przez cały dzień. Co robi natomiast żona? Nie wiadomo… albo przeoczyłam. Babka od czasu do czasu robi porządek w domu i sprzedaje niepotrzebne im rzeczy. Tym właśnie się zajmuje… nawet nie pomaga mężowi. Mamy córkę, Lindsey Rollins (Claire Holt), która nie wie nic, ale co chwile oskarża ojca o brak zainteresowania. Pozostaje jeszcze syn, Michael Rollins (Laurence Belcher), któremu została powierzona kwestia, którą zawsze powierza się dzieciom "Strach na wróble? To jest złe tato. Proszę tato, pozbądź się tego". Powinni bardziej wykorzystać w filmie motyw dziecka… Aż się o to prosiło. Młody wyczuł, że ze strachem na wróble coś jest nie tak, więc powinien widzieć… ożywionego stracha w nocy, mordującego… czy coś w tym rodzaju, co pozwoliłoby widzowi zacząć wciągać się w akcję już po 11 minucie.

 

 

 

Tak, przez 73 minuty mamy "Wielkie Nic", które dobrze się ogląda. Następuję jednak 74 minuta, zaczyna coś się dziać. Widzimy stracha na wróble w akacji, uciekającą mamę z dziećmi przed tatusiem (Boże, co za głupi babsztyl i policjant (Matthew Mcnulty). Jeden koleś przejechany przez ciężarówkę, drugi powiesił się w sklepie, ale jedno i drugie uważa, że to biedny John. To była naprawdę katastrofa!). W tych ostatnich minutach filmu nawet nie odczuwało się grozy! Akcja mimo, że była…  to statyczna. A zakończenie? Skoro poprzednia rodzina została wyeliminowana przez stracha na wróbla, to dlaczego tak bardzo pomagała polnemu potworowi? Dziewczynka tak bardzo chciała ostrzec Johna przed błędem a w końcowej scenie pakuje do worka stracha, przygotowując kolejną masakrę dla kolejnej rodziny? To w ogóle nie trzyma się fabuły!

 

 

 

Napisy końcowe lecą, zastanawia mnie moja postawa, a mianowicie, że film całkiem dobrze się oglądało mimo nudy, mimo że początek historii to nie odczuwałam ani radości ani złości ... dalej śpiewam sobie w myślach piosenkę zespołu Stauros i tu nagle jak piorun z jasnego nieba… Spartaczyli wszystko! Film miał nam pokazać historię rodziny, która nawiedzała familię z "Posłańców". Nie przedstawili nam! "Posłańcy 2" nie mają nic wspólnego z "Posłańcami". Więc pytanie nasuwa się samo: jaki początek historii? Czyżby czekał nas początek początku? Czyli jednej rodzinie się udało (Posłańcy 2) następnej już nie (Posłańcy 1 1/2) więc dręczy rodzinę Solomonów (Posłańcy)? Dziwny film.

 

Streszczenie filmu Posłaniec

Trudno znaleźć w "Posłańcach" coś, co określić można mianem pozytywnego aspektu (pomijając urodę Kristen Stewart). Wszystko, dosłownie WSZYSTKO mogliśmy oglądać w innych, popularnych ostatnimi czasy straszakach. Film jest niczym innym jak zlepkiem bezczelnie zapożyczonych motywów. Oglądając go zadajemy sobie pytanie: "Czy ja już gdzieś tego nie widziałem?".

Bracia Pang zamieniają będący już legendą trzykołowy rowerek Danny'ego Torrence'a na zabawkowy ciągnik podróżujący po korytarzach nawiedzonego domu. Szpony Freddy'ego Kruegera przeobrażają w przecinające ściany widły dzierżone przez szaleńca, który to z kolei do złudzenia przypomina opętanego przez nieczyste siły George'a Lutza - głównego bohatera "Amityville". Niczym nowym nie jest stale odnawiająca się plama pleśni, z którą to z uporem maniaka walczyła wcześniej główna bohaterka "Dark Water". Motyw domu, który pragnie zabić każdego nowo przybyłego lokatora, to nic innego jak główne założenie fabuły "Klątwy". Nienaturalnie poruszające się i blade do granic możliwości upiory to domena filmów azjatyckich. Nękające ludzi ptactwo przywodzi nam na myśl słynne hitchcockowskie "Ptaki", a dziwne szmery i poczucie obcej obecności w domu - kultowych "Innych".

książka wilken

Streszczenie książki Wilken  Sukces i niezwykła popularność powieści J. K. Rowling sprawiła, że na gruncie przygotowanym przez „Harry’ego Pottera…” wciąż powstają książki skąpane w magicznej aurze. „Wilken. Bracia krwi” Di Toft to pierwsza część sagi o przygodach małego chłopca i jego niezwykłego, zdolnego do zmiany postaci przyjaciela. Czary, wilkołaki, a także zwyczajne wydarzenia dnia codziennego – czyli zderzenie świata nadprzyrodzonego z rzeczywistym – sprawiają, że powieść Di Toft czyta się błyskawicznie i z wypiekami na twarzy.

Nat wraz z dziadkiem i mamą odwiedzają farmera Tate’a, by dokonać zakupu szczeniaka. Ku rozczarowaniu wszystkich, farmer oferuje chłopcu ogromnego, wyliniałego i w dodatku straszliwie śmierdzącego kundla, Woody’ego. Kiedy zawiedzeni klienci zamierzają wrócić do domu z niczym, przedziwny pies za pomocą telepatii kontaktuje się z Natem. Wizja, jaka objawia się chłopcu, jest dramatyczna. Nat w swojej wyobraźni widzi leżące na plaży zwłoki związanego i utopionego w morzu Woody’ego. Przerażony tym obrazem chłopiec decyduje się na adopcję psa. Dziadek z mamą, choć bardzo niechętnie, jednak przystają na tę decyzję. Nat nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że pod pozorami dziwne wyglądającego psa tak naprawdę przygarnął wilkena – mitycznego stwora przypominającego wilka, mającego zdolność transformacji w człowieka. I właśnie ta nietypowa zdolność Woddy’ego stanie się problemem i przyczyną straszliwych wydarzeń, z którymi Nat wraz z rodziną będzie musiał stawić czoła.

Książka Di Toft utrzymana jest w niesamowicie szybkim tempie. Kolejne opisywane przez autora wydarzenia toczą się błyskawicznie. Czytelnik ma nawet miejscami wrażenie, że sam uczestniczy w opisywanych zdarzeniach. Bohaterowie zmuszeni są do błyskawicznego podejmowania decyzji, wręcz brakuje im czasu na zastanowienie się. Taka konstrukcja powieści sprawia, że czytelnik podczas lektury nie ma szans się nudzić.

Wykreowani przez autora bohaterowie stanowią zbiór bardzo nietypowych postaci. Di Toft postarała się, by bohaterowie jej powieści odznaczali się charakterystycznymi tylko dla nich cechami. Dziadek Nata ubiera się w stylu hippisowskim, a w uchu ma osiem kolczyków. Nat zamiast zabaw na podwórku woli lekturę książek z pogranicza magii i czarodziejstwa. Jednak najbardziej oryginalną postacią w powieści jest niewątpliwie wilken Woody. W swojej zwierzęcej postaci przypomina nieco wilka o śnieżnobiałej sierści. Jako człowiek natomiast wyglądem zbliżony jest do zwyczajnego, trzynastoletniego chłopca.

Tym, na co czytelnik z pewnością zwróci uwagę, jest wszechobecny w powieści humor. Nie chodzi tu tylko o żart sytuacyjny czy błyskotliwe dialogi bohaterów, ale przede wszystkim o sposób prowadzenia narracji. Autor w celu rozładowania napięcia bardzo często ucieka się do inteligentnie wplatanych w fabułę powieści dowcipów. Sprawia to z jednej strony, że tempo akcji nieco zwalnia, ale z drugiej – pozwala czytelnikowi na krótki relaks podczas lektury.

„Wilken. Bracia krwi” to powieść dla starszych dzieci. W książce obecne są bowiem opisy dramatycznych, a czasami nawet dość makabrycznych wydarzeń. W powieści nie brakuje także walki na śmierć i życie. Jednak, jak to przeważnie w książkach dla dzieci bywa, dobro zwycięża nad złem, bohaterowie negatywni ponoszą klęskę, podczas gdy pozytywni cieszą się zwycięstwem. „Wilken. Bracia krwi” to zatem ciekawa zapowiedź nowego, opartego na czarach i nadprzyrodzonych zjawiskach cyklu, który z pewnością przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom „Harry’ego Pottera” i „Tuneli”